W ostatnim poście napisałam wam, że podczas pobytu w Polsce tęskniłam za tym, by mieć choć chwilę dla siebie. Teraz, gdy od tygodnia jestem znów w Anglii, po powrocie do naszej codziennej rutyny i utartych schematów, uświadomiłam sobie, że najbardziej tęskniłam właśnie za tym czasem, który spędzam tu razem z dziećmi.
Brakowało mi naszych wspólnych spacerów bez celu, podczas których Milenka na przemian śpi i obserwuje nasze twarze, a Alex wskazuje którędy mam iść i raz po raz pyta "cio to?" Brakowało mi leżenia na dywanie, po którym oprócz zabawek, walają się nasze kapcie i ubrania, które właśnie że MOGĄ poczekać, tak samo jak gary w zlewie i koszenie trawnika. Brakowało mi noszenia Milenki i oglądania bajek z Alexem, oraz świadomości tego, że to ja decyduję o tym, co jest ważne, a co ważniejsze.
W Polsce sprawy miały się trochę inaczej. Przede wszystkim, mimo iż w swoim przyszłym domu, to nie byłam i nie czułam się tam jak u siebie. Na naszej stronie nie ma jeszcze kuchni, nie ma większości podstawowych mebli ani telewizora bądź internetu, łazienka nabrała kształtu dopiero w trakcie tego pobytu, a panele w salonie położyliśmy w przeddzień wyjazdu. Chcąc nie chcąc, większość czasu spędzaliśmy na stronie teściów i to do ich zasad i przyzwyczajeń trzeba było się dostosować.
Dla mnie to sprawa oczywista, ale jak wytłumaczyć to dzieciom, których potrzeby zawsze stawiałam na pierwszym miejscu, a które nagle, zupełnie z dnia na dzień stały się drugorzędne, bo remont, bo coś w urzędzie załatwić, bo po coś pilnie jechać, bo trawę skosić i posprzątać po sobie NATYCHMIAST a nie kiedy będą już spać. I wreszcie kawę z kimś wypić, a z kimś innym grzecznie porozmawiać, bo kto to widział z dziećmi na podłodze, zamiast z dorosłymi przy stole urzędować? Wszak Milence nic się nie stanie, jak trochę w leżaczku pomarudzi, dopóki bardzo nie płacze, to nie trzeba jej ruszać. A Alex niech się na podwórku bawi, lub sam w pokoju bajki poogląda, tylko żeby broń borze kwiatków nie poobrywał, ani telewizora nie ruszał...
Jak dobrze być znów na brudnym dywanie, jak cudownie móc znów łapać TE chwile!





Oh nie ma to jak mieszkanie na swoim i po swojemu. Ja z mała jak musiałam być przez tydzień u swoich rodziców myślałam że zwariuje. Nie było źle, w końcu to nie ja musiałam gotować :D i mama chetnie bawila sie z mala moglam sobie ksiazke przeciez poczytac. ale nie.... poprostu nie ma to jak u siebie;D
OdpowiedzUsuńNo ja też gotować nie musiałam i niby pomoc miałam, no ale... ;)
UsuńNa swoim jest zawsze najlepiej. Śliczne masz te maluchy. Ściskam!
OdpowiedzUsuńOtóż to!
UsuńDziękuję :*
Wszędzie dobrze,ale u siebie najlepiej :)
OdpowiedzUsuńNic dodać, nic ująć :)
UsuńAch! skąd ja to znaaam :D
OdpowiedzUsuń