niedziela, 19 października 2014

Bo można też tęsknić, gdy jest się obok

W ostatnim poście napisałam wam, że podczas pobytu w Polsce tęskniłam za tym, by mieć choć chwilę dla siebie. Teraz, gdy od tygodnia jestem znów w Anglii, po powrocie do naszej codziennej rutyny i utartych schematów, uświadomiłam sobie, że najbardziej tęskniłam właśnie za tym czasem, który spędzam tu razem z dziećmi.
Brakowało mi naszych wspólnych spacerów bez celu, podczas których Milenka na przemian śpi i obserwuje nasze twarze, a Alex wskazuje którędy mam iść i raz po raz pyta "cio to?" Brakowało mi leżenia na dywanie, po którym oprócz zabawek, walają się nasze kapcie i ubrania, które właśnie że MOGĄ poczekać, tak samo jak gary w zlewie i koszenie trawnika. Brakowało mi noszenia Milenki i oglądania bajek z Alexem, oraz świadomości tego, że to ja decyduję o tym, co jest ważne, a co ważniejsze.

W Polsce sprawy miały się trochę inaczej. Przede wszystkim, mimo iż w swoim przyszłym domu, to nie byłam i nie czułam się tam jak u siebie. Na naszej stronie nie ma jeszcze kuchni, nie ma większości podstawowych mebli ani telewizora bądź internetu, łazienka nabrała kształtu dopiero w trakcie tego pobytu, a panele w salonie położyliśmy w przeddzień wyjazdu. Chcąc nie chcąc, większość czasu spędzaliśmy na stronie teściów i to do ich zasad i przyzwyczajeń trzeba było się dostosować.
Dla mnie to sprawa oczywista, ale jak wytłumaczyć to dzieciom, których potrzeby zawsze stawiałam na pierwszym miejscu, a które nagle, zupełnie z dnia na dzień stały się drugorzędne, bo remont, bo coś w urzędzie załatwić, bo po coś pilnie jechać, bo trawę skosić i posprzątać po sobie NATYCHMIAST a nie kiedy będą już spać. I wreszcie kawę z kimś wypić, a z kimś innym grzecznie porozmawiać, bo kto to widział z dziećmi na podłodze, zamiast z dorosłymi przy stole urzędować? Wszak Milence nic się nie stanie, jak trochę w leżaczku pomarudzi, dopóki bardzo nie płacze, to nie trzeba jej ruszać. A Alex niech się na podwórku bawi, lub sam w pokoju bajki poogląda, tylko żeby broń borze kwiatków nie poobrywał, ani telewizora nie ruszał...

Jak dobrze być znów na brudnym dywanie, jak cudownie móc znów łapać TE chwile!








7 komentarzy:

  1. Oh nie ma to jak mieszkanie na swoim i po swojemu. Ja z mała jak musiałam być przez tydzień u swoich rodziców myślałam że zwariuje. Nie było źle, w końcu to nie ja musiałam gotować :D i mama chetnie bawila sie z mala moglam sobie ksiazke przeciez poczytac. ale nie.... poprostu nie ma to jak u siebie;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja też gotować nie musiałam i niby pomoc miałam, no ale... ;)

      Usuń
  2. Na swoim jest zawsze najlepiej. Śliczne masz te maluchy. Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Wszędzie dobrze,ale u siebie najlepiej :)

    OdpowiedzUsuń