Nagle, gdzieś między szumem piekarnika a dźwiękiem wałkowanego ciasta, udaje mi się dosłyszeć cichutkie "tup, tup, tup". Wychylam się z kuchni, kierując swój wzrok na schody i widzę sunącą z nich postać w kosmicznej piżamce. Sekundę później, trzymam w ramionach synusia, który wtulając się w moją szyję powtarza radosne "mama" i zerka ciekawie na mój kuchenny rozgardiasz.
Nie mając wielkiego wyboru (czytaj: nie chcąc przypalić ciasteczek), sadzam delikwenta w foteliku i wręczając mu w rączkę cynamonowe słodkości, wracam czym prędzej do reszty wypieków.
Po niecałym kwadransie, ciasteczka są już gotowe.
Smakuję i wyglądają obłędnie, głównie dzięki uprzejmości mojej niezastąpionej sąsiadki, od której pożyczyłam foremki do ich wykrajania.
Mniam, mniam!








Ale pyszności :)
OdpowiedzUsuńNajlepiej smakują wypieki własnej roboty :)
OdpowiedzUsuńCudne <3 My wczoraj upiekliśmy pierniczki a za chwilkę w ruch pójdą ciasteczka maślane :) pozdrawiam
OdpowiedzUsuń:) Ale fajne ciacha, gdzie masz przepis? ;) My też wczoraj piekliśmy w dzieciarnią. Nawet moja Lusia się udzialała, wtykając w ciasteczka owoce :) Dzisiaj ciąg dalszy, bo jak utrzymamy tempo pożerania to do świąt nie wystarczy. Ależ tu u Ciebie miło.
OdpowiedzUsuńPrzepis z internetu, chyba z "kwestia smaku" o ile dobrze pamiętam :)
UsuńDziękuję :*
Jaki słodziak! Wiedział kiedy trzeba przyjść na łakocie :D
OdpowiedzUsuń