Zawieszona między poczuciem obowiązku a wewnętrzną chęcią pisania, zastanawiam się nad przyszłością mojego bloga. Próbuję odnaleźć w sobie uczucia, które towarzyszyły mi w czasie jego powstawania, a które zmieniły się, wraz z wiedzą o tym, jak wygląda obecna blogosfera.
Kiedy w trzeciej klasie liceum, zakładałam swojego pierwszego bloga, był on czymś w rodzaju internetowego pamiętnika. Nie interesowało mnie, czy ktoś go czyta i czy się podoba, ważne było, że nie znajdzie go nikt z mojej rodziny, co wielokrotnie miało miejsce z pamiętnikami w tradycyjnej formie skoroszytu.
Pojawienie się komentarzy i pierwszych stałych czytelników, przyjęłam więc z pewną rezerwą i jeszcze większym zdziwieniem. No bo jak to tak? Żeby ktoś obcy, w moją prywatność, z życzliwym uśmiechem lub w brudnych buciorach...
Po kilku miesiącach blog umarł, a ja wyjechałam do Anglii.
Mniej więcej w tym samym czasie, pojawiła się moda na fora i portale społecznościowe, a świat oszalał na punkcie dodawania fotek, zakłamywania rzeczywistości i obnażania siebie samych. Ja oszalałam wraz z nim i zamiast ubierać wspomnienia we słowa, robiłam im zdjęcia. Zamiast wsłuchać się w siebie, pytałam innych "jak żyć?"
Funkcjonowałam tak prawie dwa lata, po czym znów zatęskniłam za pisaniem.
Postanowiłam ponownie założyć bloga. Jednak żeby to zrobić, musiałam określić do jakiej należy on kategorii. To było dla mnie coś nowego, z jednej strony pozwalało nawiązać znajomości z ludźmi o podobnych zainteresowaniach, a z drugiej szufladkowało i ograniczało. Chcąc pisać o wszystkim, musiałam mieć kilka blogów, bo pojęcie lifestylu poznałam dopiero tuż po tym, jak skleciłam wszystkie moje blogi tematyczne w jeden.
I tu zbliżamy się do chwili obecnej. Mój aktualny blog jest blogiem o wszystkim, a przynajmniej chciałabym, aby taki był. Jest najważniejszym z tych, które dotychczas pisałam, bo założyłam go z myślą o swoich najbliższych. Okres (nie mylić z menstruacją), który właśnie trwa jest jedyny, niepowtarzalny i niestety, bardzo ulotny. Chłonę go co dzień każdymi zmysłami, próbując zapisać na wszystkie sposoby, to co teraz widzę, myślę i czuję. Jakim człowiekiem jestem, dokąd zmierzam, jakie mam plany i o czym marzę.
Kiedy za kilka, kilkanaście, lub kilkadziesiąt lat, moje dzieci spytają mnie, o jakiś szczegół z ich dzieciństwa, nie powiem, że "nie pamiętam", tylko odnajdę go na blogu. Kiedy w przypływie nastoletniego buntu, wykrzyczą mi w twarz, że pewnie nigdy ich nie kochałam, przytoczę im swoje własne słowa, udowadniając, jak bardzo się mylą. Zanim zadadzą pytanie o to, jaka kiedyś była, co lubiła, czym w wolnych chwilach zajmowała się ich mama, odpowiedź będzie już na nich czekać. I wreszcie, kiedy pewnego dnia mnie zabraknie, to za każdym razem, gdy będą mnie czytać, poczują że wcale nie odeszłam.
Nie wiem, czy tak właśnie będzie, ale taka właśnie idea przyświecała mi, gdy zaczynałam tu pisać. Jako osoba, która bardzo wcześnie straciła mamę, wiem jak smutna potrafi być rzeczywistość, kiedy po ukochanej osobie, zostaje tylko kilka zdjęć i całe mnóstwo pytań bez odpowiedzi.
Nie wiem, czy tak właśnie będzie, ale taka właśnie idea przyświecała mi, gdy zaczynałam tu pisać. Jako osoba, która bardzo wcześnie straciła mamę, wiem jak smutna potrafi być rzeczywistość, kiedy po ukochanej osobie, zostaje tylko kilka zdjęć i całe mnóstwo pytań bez odpowiedzi.
Piszę to wszystko, ponieważ uzmysłowiłam sobie, jak niewiele zabrakło, żebym zapomniała czym tak naprawdę jest dla mnie to miejsce. Skuszona wizją, zarabiania na blogu, zaczęłam komercjalizować go i zabiegać o czytelników. Zmieniłam szablon, dodałam kategorie, pisałam w krótkich odstępach czasu i nie do końca o tym, co mi w duszy grało. Statystyki poszły w górę, samoocena w dół, wizualnie zrobiło się milej, ale zabrakło treści stanowiącej o faktycznej wartości emocjonalnej mojego pisania.
Nie jestem przeciwniczką zarabiania na blogu, pod warunkiem, że pieniądze są tylko przyjemnym skutkiem ubocznym, a nie celem, dla którego się go pisze. Ostatnia wydarzenia w blogosferze parentingowej, bardzo dobitnie pokazały mi, jak wiele jest w nas chciwości, pychy i zakłamania. Jest mi wstyd, że chciałam w tym wszystkim uczestniczyć i biję się w pierś, obiecując poprawę.
Czytelników, którzy zaglądają do mnie z sympatii do mojej rodzinki i tego co piszę, z pewnością ucieszy fakt, że znów będzie tu więcej synusia i rodzicielstwa. Przyjaciele i rodzina w Polsce, dla których czytanie mnie, jest namiastką uczestniczenia w naszym życiu, pomimo odległości, zapewne wznoszą już ręce do nieba, dziękując za moje opamiętanie.
Swoją drogą, może przestaną mnie wreszcie nękać ;)
W każdą niedzielę, możecie spodziewać się postu, podsumowującego miniony tydzień. Będzie dużo zdjęć i różnorodność treści, takie o wszystkim i o niczym, sklecone z moich codziennych, odręcznych notatek i udostępnień na fanpage'u, którego postanowiłam się jednak nie pozbywać.
Dziękuję za uwagę i do zobaczenia w niedzielę.
Nie jestem przeciwniczką zarabiania na blogu, pod warunkiem, że pieniądze są tylko przyjemnym skutkiem ubocznym, a nie celem, dla którego się go pisze. Ostatnia wydarzenia w blogosferze parentingowej, bardzo dobitnie pokazały mi, jak wiele jest w nas chciwości, pychy i zakłamania. Jest mi wstyd, że chciałam w tym wszystkim uczestniczyć i biję się w pierś, obiecując poprawę.
Czytelników, którzy zaglądają do mnie z sympatii do mojej rodzinki i tego co piszę, z pewnością ucieszy fakt, że znów będzie tu więcej synusia i rodzicielstwa. Przyjaciele i rodzina w Polsce, dla których czytanie mnie, jest namiastką uczestniczenia w naszym życiu, pomimo odległości, zapewne wznoszą już ręce do nieba, dziękując za moje opamiętanie.
Swoją drogą, może przestaną mnie wreszcie nękać ;)
W każdą niedzielę, możecie spodziewać się postu, podsumowującego miniony tydzień. Będzie dużo zdjęć i różnorodność treści, takie o wszystkim i o niczym, sklecone z moich codziennych, odręcznych notatek i udostępnień na fanpage'u, którego postanowiłam się jednak nie pozbywać.
Dziękuję za uwagę i do zobaczenia w niedzielę.

Cudowny ten tekst , który odnosi się do Twoich dzieci :)
OdpowiedzUsuńMają fajną mamę! ;p
Jedno z nich, jeszcze jest w brzuszku ;)
UsuńAle dziękuję :*
Jejku, początek brzmiał jak pożegnanie... Ja póki co mam same dobre doświadczenia z blogosferą, ale jestem w niej jeszcze krótko. Jednocześnie tak sobie myślę, że wszędzie jest chamstwo, zawiść i inne negatywne emocje. Tym bardziej w rzeczywistym świecie. Jednak tutaj łatwiej, bo można brudzić pod maską anonimowości. Wtedy wszystkie cwaniaki są odważne...
OdpowiedzUsuńNie, nie, it's not goodbye ;)
UsuńW całej tej blogosferze trzeba odnaleźć swój złoty środek :-)
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że w postanowieniu wytrwasz, bo lubię Cię czytać :D
I wzajemnie :*
UsuńCieszę się, że nie rezygnujesz z pisania bo zaczynając czytać posta tego się obawiałam. Cudowne zdjęcie <3 Będę zaglądać Kochana :*
OdpowiedzUsuńDziękuję Asiu :*
Usuńuzmysłowiłaś mi właśnie, że blog może być piękną pamiątką dla potomności :) Czasami też się zatrzymuję na moment i myślę, że to nie dla mnie, że po co mi to, ale wtedy zawsze ktoś mnie zmotywuje i mam siłę i chęć blogować dalej, nigdy jednak nie patrzyłam w ten sposób, że blog może kiedyś być wspomnieniem o mnie :) To chyba największa motywacja :)
OdpowiedzUsuńdałaś mi do myślenia :)
OdpowiedzUsuń