niedziela, 17 lutego 2013

Cytuję siebie


Pozwolę sobie zacytować post z mojego starego bloga o nazwie "Zwierzak".
Post ten, zatytułowany jest "Koczownicy" i opowiada o naszej ostatniej podróży do Polski.
Oto on :


"Podczas podróży do Polski, kiedy byliśmy już na lotnisku, okazało się, że Nasz samolot wystartuje z ponad dwu godzinnym opóźnieniem. Ja ze Zwierzakiem w nosidełku i z torbą na ramieniu, Tata Zwierzaka z drugą torbą i kurtkami pod pachą. Ludzi od groma, w sumie prawie cztery godziny czekania, a miejsc do siedzenia niet.
Po trzykrotnym okrążeniu hali wylotów oraz zaopatrzeniu się w wodę i kanapki, stwierdziłam, że tak być nie może. Niewiele myśląc, ruszyliśmy w kierunku najdalszej z możliwych toalet, zaopatrzonej w pomieszczenie dla rodzica z dzieckiem, po czym zamknęliśmy się tam i zaczęliśmy koczować.

Pierwszą sprawą niecierpiącą zwłoki było nakarmienie Zwierzaka. Usiadłam na krzesełku, wzięłam małego na ręce, przystawiłam i ... nic. Dupa blada. Zwierzak, od dwóch miesięcy karmiony tylko na leżąco, nie potrafił sobie poradzić w innej pozycji. Rozłożyliśmy więc kurtki i bluzy na podłodze, licząc, że tym razem się  uda i ... znowu nic. Lampy i nadawane komunikaty, skutecznie rozpraszały Zwierzaka uwagę, podczas gdy mój lewy cycek groził wybuchem.  Żeby uniknąć kompromitującej plamy na koszulce, miałam do wyboru wypchanie czymś stanika, albo próbę ręcznego odciągania. Wybrałam opcję drugą, gdyż w bonusie zapewniała mi jako taki komfort. Pochyliłam się nad umywalką, chwyciłam sutek i zaczęłam go miętosić między kciukiem a palcem wskazującym. Udało się! Mleko popłynęło wartkim strumieniem, rozpryskując się we wszystkie strony, z wyjątkiem umywalki. Tata Zwierzaka dostał w oko, Zwierzak po czole, a ja zbryzgałam sobie buty. Oj, było wesoło... ;)

Podczas dalszego czekania, również nie zabrakło nam wrażeń. Główną atrakcję stanowiły dwa zasrane pampersy i jedna zaśliniona koszulka, oraz kolejna, udana już próba karmienia. W końcu, po czasie, który wydawał mi się wiecznością, rozpoczęła się procedura przyjęcia pasażerów na pokład samolotu i wreszcie, sam lot, który dla odmiany upłynął nam spokojnie.

Uff. "


Zwierzak, to oczywiście mój synek, a Tata Zwierzaka, to jego tata, czyli mój mąż.
A post umieściłam tu z powodu zdjęć, którymi pragnę go uzupełnić.













Teraz mnie to bawi, ale wtedy wcale nie było Nam do śmiechu... ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz